Piemont czyli Albarossa i trufle cz.1

DSCF5419-resized

Podróż do Północnych Włoch odbyłem jesienią 2015 roku. Razem z kilkoma osobami zostałem zaproszony przez znajomego, z którym łączyły nas zawodowe sprawy – oczywiście w winiarskich tematach. Wyjazd więc po części był zawodowy, po części zaś typowo rekreacyjny z zamysłem kosztowania nowych win w akompaniamencie pysznej, włoskiej kuchni.

Ten nieplanowany wyjazd do Lombardii i Piemontu szybko stał się świetnym „odreagowaniem” codziennej bieganiny, a okazja do próbowania nowych win całkowicie udaną rehabilitacją po zimnych już w Polsce dniach. Muszę przyznać, że w tym czasie głowę miałem zaprzątniętą wieloma sprawami i ta wycieczka nie do końca była mi na rękę. Trochę więc wyrwany z rzeczywistości pośpiesznie spakowałem bagaż i ruszyłem na lotnisko. Po wszystkim okazało się, że ten sposób „załatwiania” wyjazdów jest jednak bardzo praktyczny!

Mediolan nocą

Podróż z podwarszawskiego lotniska w Modlinie do Bergamo przebiegła szybko i późnym wieczorem po krótkim odświeżeniu zasiedliśmy do naszej pierwszej degustacji. Zamieszkaliśmy w przyjemnym hotelu na przedmieściach Mediolanu, a z tej pierwszej degustacji pamiętam głównie dobre, różowe wino.

Plan wycieczki był bardzo skondensowany – zwiedzamy, degustujemy wina, zwiedzamy, degustujemy wina, zwiedzamy… i tak w kilku cyklach przez całe 4 włoskie dni.

Piemont i albarossa_Rocca.2000

Wyjazd w Piemont zaplanowany był drugiego dnia wieczorem. Po wypełnionym atrakcjami dniu, w którym najważniejszym chyba było zwiedzanie fabryki win Rocca, podróż autokarem w góry nastrajała optymistycznie. Ale po kolei: Najpierw Mediolan i Fabryka Rocca.

Piemont i albarossa_fabryca Rocca2

Fabryka robiła duże wrażenie, choć trochę przygnębiające. Zwiedzaliśmy ją w sobotę, kiedy linie produkcyjne były wyłączone. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć wszystkie zakamarki, łącznie z piwnicami (Rocca Cellar), niemniej jednak brakowało życia w tym organizmie a całość jak wspomniałem była nienaturalnie cicha.

Piemont i albarossa_MatteoRocca

Po fabryce oprowadzał nas Matteo – syn Ernesto Rocca, którego dziadek Francesco założył tę fabrykę jeszcze w XIX wieku. Dzisiaj to duże przedsiębiorstwo posiadające kilka winnic w całych Włoszech i eksportujące swoje wina na wszystkie kontynenty. Kiedyś sądziłem, że ta wielka, przemysłowa produkcja zabija ducha prawdziwego winiarstwa, a wina z tych miejsc nie mogą konkurować z tradycyjnymi, wręcz rzemieślniczymi produkcjami z małych winnic. To na szczęście nie jest prawda. Nic oczywiście nie zastąpi niepowtarzalnych win z niewielkich przydomowych (przyzamkowych) parceli, gdzie winiarz własnoręcznie sadzi, pielęgnuje, zbiera i wytwarza wino. A razem z nim często wędliny lub sery, które przygotowane na tej samej co wino wodzie współgrają z nim jak nigdzie indziej na świecie. I to jest niepowtarzalne. W fabryce win, pozbawionej owego entourage, rolę wszechsprawcy sprawuje winemaker. Od niego zależy jakość i charakter wina, a mając dużo umiejętności i odrobinę szczęścia przekonałem się, że taka osoba również może stworzyć unikatowe wina. Wszystko inne to tylko skala! Zgodnie więc ze starą prawdą, powodzenie zależy od właściwego człowieka na właściwym miejscu, a takiego poznaliśmy podczas tego wyjazdu. O tym jednak trochę później.

Piemont i albarossa_zamek.sforzów2

Powiedzieć, że Mediolan to ładne miasto, to jak stwierdzić, że Kraków to dawna stolica Polski. Czyli oczywista oczywistość bez krztyny emocji. Tymczasem to miasto duże, łączące w sobie wiele wątków. Natura historyczna jest większości zapewne znana – to zamek Sforzów, gotycka Katedra Narodzin św Marii, średniowieczny ratusz i całe mnóstwo kościołów, kamienic i średniowiecznych ulic w zabudowie z epoki.

Ale Mediolan to też duży ośrodek przemysłowy, drugie co do wielkości włoskie miasto, siedziba wielu uniwersytetów, firm i dwóch klubów piłkarskich! W tym konglomeracie wielu ludziom trudno się znaleźć, przytłaczać mogą liczby – rocznie Mediolan odwiedza ponad 7 milionów turystów, zjadających setki milinów kawałków pizzy, zapijanej lombardzkim winem lub włoskimi napojami owocowymi. Ale wielu ten zgiełk odpowiada, oddychając powietrzem wielu kultur czują się tam jak ryba w wodzie. Do wyboru.

Ja czułem się przytłoczony, zresztą podobnie jak w innych miastach o podobnej atmosferze, tak było we Florencji, Barcelonie, Lyonie…

Na szczęście zawsze można się wyłączyć lub przeprogramować na konkretny temat. Ja tego dnia wybrałem kanał historyczny – wycieczka po starym mieście i zamku. Nie wiem, czy podobnie programował się Umberto Eco, ale mieszkając nieopodal zamku codziennie widywał ceglane mury piętnastowiecznych baszt i głęboką fosę z przerzuconym nad nią mostem. Mam nadzieję, że tu właśnie pisał Imię róży.

Zamek jak wszystko oczywiście był przeludniony, ale przy odrobinie dobrej woli można było znaleźć satysfakcję. Po zamku odbyłem jeszcze szybki marsz do katedry, później tradycyjne zdjęcie przed La Scala i obiad połączony z degustacją. Te obowiązki!

Piemont i albarossa.góry

Podróż w góry zaczęliśmy już dość późnym wieczorem. Miejscem docelowym było miasteczko Cocconato Asti, oddalone od Mediolanu o blisko 2 godziny drogi samochodem. Cocconato to niewielkie miasteczko w prowincji Asti, które położone jest na wysokości blisko 500 m nad poziomem morza. Nie przeszkadza to jednak uprawiać tam winorośli, ale też drzew kiwi, oliwek i gdzieniegdzie palm. To ważny region winiarski Monferrato.

Locanda Martelletti

Zatrzymaliśmy się w hotelu Locanda Martelletti, osiemnastowiecznym budynku ze ślicznymi, drewnianymi gankami na wewnętrznym dziedzińcu. To dobre miejsce dla wszystkich, którzy chcą do żywego poznać prawdziwe włoskie spumante z Asti. Czasami nachodzą mnie myśli, że bąbelki z Monferrato są lepsze od klasycznego prosecco z Friuli czy Wenecji – nie do rozstrzygnięcia. Ale wina z Monferrato to przede wszystkim czerwone wina ze szczepu Barbera i Nebbioll a od jakiegoś czasu też Albarossa. I o tym w zasadzie ta opowieść.

 

cz. 2

Dodaj komentarz